Konkurs

Zadaniem Uczestników jest przesłanie na nasz e-mail: konkurs@andalusia.pl śmiesznej opowieści (historyjki), kawału bądź anegdotki o kotach. W Konkursie będą brały udział, tylko takie prace, które:
– będą o kotach oraz będą śmieszne,
– nie będą naruszały prawa do wizerunku osób trzecich.

Nagrodzeni zostaną Uczestnicy, którzy według Komisji Konkursowej przyślą najbardziej śmieszną opowieść, kawał bądź anegdotkę i spełnią warunki Regulaminu uprawniające ich do otrzymania nagrody.

I oto nadesłane śmieszne historyjki o kotach….

************

(I)

Około 3 tygodni temu okazało się, że mój Kusio jest małym rudym kleptomanem i wcale nie zamierza tego zmienić. Mama ugotowała dwa jajka do barszczu czerwonego. Jedno wkroiła Tacie do talerza (na 4 cząstki), a drugie po prostu obrała ze skorupki i zostawiła na tacce obok. Całość stała na stole kuchennym. Mam poszła do pracy, a Tata około 13 postanowił odgrzać sobie zupę. Kusio w tym czasie drzemał w zamkniętej szafce z garnkami. Jakież było zdziwienie mojego Taty, gdy się okazało, że na talerzu nie ma jajek. Wzruszył jednak ramionami, bo pamiętał, że jest jeszcze drugie jajko (to niepokrojone). Gorzej, bo drugie jajko też zniknęło. Zadzwonił do Mamy spytać się, czy na pewno zostawiła jajka. Po krótkiej rozmowie rodzice doszli do wniosku, że pewnie kot szczwanie podkradł się na stół i oba jajka pochłonął. Musiał sobie całkiem nieźle radzić, bo jako pers ma płaski pysk, więc nie wyobrażam sobie, że tak łatwo było mu po prostu szamać całe jajo.

    Ponieważ jednak małego złodziejaszka nie złapano na gorącym uczynku, o sprawie zapomniano. Tym niemniej, po tygodniu, w nadzwyczaj dziwnych okolicznościach zniknęła rozmrażana kotu ryba (cały filet), która stała na zlewozmywaku. Byłam w kuchni – ryba była, wyszłam i wróciłam do kuchni po jakiś 3 minutach – ryby już nie było. Mały rudy kleptoman zaś już tylko oblizywał pyszczek, siedząc znów w szafce z garkami.

************

(II)

Mieszkamy na osiedlu. Bloki są trzypiętrowe. Od drugiego bloku dzieli nasz tylko podwórko. Balkon mamy na podwórze. Jest 6 rano, sierpniowy letni poranek. Nagle pada hasło: „Nie ma kota”. Oczywiście cała rodzina przeszukuje mieszkanie, ale po Kusiu ani śladu. W końcu moja Mama (godz. 6:20 mniej więcej) wychodzi na balko, by zobczyś czy nie spadł. Na co któraś z sąsiadek z bloku na przeciwko wychyla się z okna z 2 pietro i na całe osiedle krzyczy: „Pani Hermeniu, tego rudego kota Pani szuka?, Jest tam, u P… (tu padło nazwisko sąsiadów z naszego bloku z 3 piętra) na poręczy.” Oczywiście,  wułamku sekundy pół podwórka stoi w oknach i patrzy :) . Moja Mama w te pędy poleciała po puszkę z karmą i otworzyła ją, chcąc zwabić kota z powrotem. Udało się po dłuższej chwili. Widok sąsiadów w oknach o 6:20 rano wpatrzonych w kota spacerującego po barierkach balkonowych – bezcenny.

************

(III)

Wpada niemiecka mysz do baru siada na stołku i się wydziera do barmana:
- Kufel Heinekena proszę!!!
- Mogę ci nalać ale pod barem śpi kot – rzecze barman polerując kieliszki…
- To poproszę pól kufelka i znikam – wyszeptała wystraszona mysz.

Wpada francuska mysz do baru siada na stołku i się wydziera do barmana:
- Lampkę Chatou proszę!!!
- Mogę ci nalać ale pod barem śpi kot – rzecze barman polerując kieliszki…
- To poproszę pól lampeczki i znikam – wyszeptała wystraszona mysz.

Wpada polska mysz do baru siada na stołku i się wydziera do barmana:
- Setkę wódki proszę!!!
- Mogę ci nalać ale pod barem śpi kot – rzecze barman polerując kieliszki…
- Hmm… to jeszcze 2 sety i budzić Skubańca!!!

 ************

(IV)

Późny wieczór,jest ciemno,leje deszcz.Jasio wraca do domu i przechodzi obok domu uciech.Na dachu dwa koty uprawiają miłość. Nagle jeden poślizgnął się i spadł na ziemię.Jasio podnosi kota,podchodzi do drzwi i dzwoni dzwonkiem.Otwiera skąpo ubrana Pani a Jasio mówi:

Proszę Pani…reklama Pani spadła.

************

(V)

Pewnego dnia dość w miarę ciepłego przyszła do mamy koleżanka, siedziały sobie i piły kawkę, mama zamknęła balkon bo w kuchni było okno otwarte i był przeciąg. Po jakimś czasie koleżanka mamy wyszła żegnając się.  Po chwili zauważyłam, że nie ma kota więc go wołam: Benek, mięso ( reaguje gdy się woła mięso-jedzenie).  Ale kot nie pojawia się, przeszukujemy z mamą szafy, łóżka te miejsca w których uwielbia przebywać no i niema… Pomyślałyśmy pewnie wyszedł na korytarz  razem  z mamy koleżanka, a mama nawet nie zauważyła.. Szukałyśmy go po klatce po całej piwnicy w bloku po wszystkich klatkach nawet po śmietnikach! co musiało zabawnie wyglądać… Przyszłyśmy do domu ja załamana  zaczęłam płakać bardzo przywiązałam się do niego chociaż to jest wredny charakterek..  Mama widząc mnie wyszła z domu zamykając drzwi na klucz. Weszłam do pokoju zaglądam do łóżka z nadzieją że może tam jest i śpi a go nie zauważyłyśmy no ale nie było go.. usiadłam na łóżku i cichutko mówiłam: Benek gdzie jesteś? A tu nagle słychać „skrobanie” do drzwi takie pukanie łapką, podniosłam się z łózka jak oszalała a to Benek był na balkonie zamknięty. Nie miałam jak mamie powiedzieć ze jest!
Mama miała klucz, to przez drzwi nie słuchając czy mama jest na klatce darłam się przez łzy ” Jest! Znalazł się „!! A Pan kurier zostawiając paczkę u sąsiadów podszedł pod drzwi i mówi ” Wszystko ok?”  Musiało to zabawnie wyglądać i brzmieć. Mama wróciła do domu i mówi do Benka: „Nienawidzę Cię za te kawały jakie robisz! Ale Bez Ciebie było by cicho! Bo już się przyzwyczailiśmy do twojego charakterka! Chodź, dam Ci mięso na zgodę” :D

************

(VI)

Moja żona posiada kota, rasy kotka, rasy czarnej, rasy ze schroniska, rasy małe kocie.

Guzik by mnie to obchodziło gdyby nie fakt, że jest małe, że chodzi to to bez przerwy za mną i trzeszczy- a to na ręce, a to żreć, a to trzeszczy dla samego trzeszczenia zupełnie jak jej pani. Generalnie pogłaskać mogę, kopnąć jakąś rzecz która leży na ziemi żeby kot za nią biegał też, niech chowa się zdrowo do czasu aż raz zapomnę zamknąć terrarium i zajmie się nim mój wąż, reszta to nie mój problem.

Ale do czasu. Staje się to moim problemem gdy moja współmałżonka udaje się w celach służbowych gdzieś tam na ileś tam. I spada na mnie karmienie wyprowadzanie i sprzątanie po tym całym tałatajstwie. Jako, że to zawsze lekko olewam i robię wszystko w ostatni dzień przed powrotem małżonki- nie nastręcza mi to wiele problemów.

Kot jest od niedawna i od niedawna jest nowy zwyczaj- niezamykania łazienki, gdyż w niej znajduje się urządzenie zwane potocznie kuwetą, do którego kot robi to samo co ja w toalecie, czyli wchodzi i może spokojnie pomyśleć.

Mnie jednak uczono całe życie zamykać te chol***ne drzwi do łazienki za sobą, więc stale żona mi trzeszczała, że kot tam nie może wejść i „myśleć”. Ja jestem stary i się nie nauczę, poza tym mieszkam tu dłużej niż ten kot, sam dom stawiałem, moje drzwi, mój kibel, wypierd***ć więc. I postawiłem na swoim. Od jakiegoś czasu kot chodzi do toalety razem ze mną. Jak nie ma małżonki to musi zazwyczaj czyhać na mnie albo miauczeć coby przypomnieć, że trzeba mu łazienkę otworzyć, bo jak jest żona to ona ma już w biosie zaprogramowane- ja wychodzę i zamykam, ona idzie i otwiera, żeby kot mógł wejść – taka technologia po prostu.

Czasem kot skacze na klamkę ale ma jeszcze zbyt małą wyporność i zwisa na niej bezradnie. Jednak jak moja żona będzie nadal go tak karmić- to w szybkim tempie będzie za każdym razem klamkę upier***lał – a wtedy wiadomo- wąż.

Dobrze więc, uporządkuję: żona- delegacja, ja – praca – wracam, wchodzę do domu, kot przy drzwiach do łazienki skwierczy, bo jak wychodziłem to zamknąłem za sobą. Ok, kotku mnie się też chce. Idziemy razem- ja toaletka, okienko uchylam, papierosik (bo żona będzie za trzy dni- więc spokojnie wywietrzę) kotek swoje, ja przez okienko spoglądam, jest cudnie. Kotek wskakuje na kaloryfer na parapecik i patrzymy razem przez okno. No cudnie. Kot skończył dawno, ja teraz, pet do muszli, spuszczam wodę, a ten mały skur**l jak nie śmignie i sru za tym petem z tego parapetu i do kibla. Zakręciło nim dwa razy i kota nie ma. Nawet nie zdążył miauknąć. No ja pierdolę. Nie! To niemożliwe jest!!! Przecież nawet taki mały kot jest kur** za duży- żeby przejść tym syfonem.

Ale słyszę tylko… no to nie mogło mi się zdawać – coś ciężkiego poszło w pion. Wszyscy święci w trójcy jedyny Boże, ukazali mi się przed oczami. Kot popłynął wprost w odmęty prawego dopływu królowej polskich rzek. Lecę na dół do piwnicy- choć może powinienem od razu do schroniska- zanim wróci moja żona- nie ma wafla, znajdę jakiegoś małego czarnego skur**la z białą krawatką, nie było jej kilka dni może się nie połapie.

Ale najpierw do piwnicy- zbiegam po schodach, słucham coś drapie w rurze, pion kawałek płaskiej rury, miauczy- jest, żyje i nie poleciał do sieci miejskiej. Nawet jak teraz zdechnie to przynajmniej będę miał jego truchło i powiem, że kojfnął z przyczyn naturalnych albo tylko lekko nienaturalnych, bo przecież mi baba nie uwierzy, że kot sam wpadł do kibla. Ale na razie drapie i żyje. Znalazłem taki wziernik gdzie można zaglądnąć do tej rury i wołam. Kici kici. I nic, nie przyjdzie, wołam, wołam, a ten kur*** głąb zamiast przyjść do mnie to chce iść tam skąd przyszedł czyli do góry w pion. Ja go wołam a on do góry drapie. I udrapie, udrapie kilkanaście centymetrów i zjazd w dół.

Prosiłem, wołałem, błagałem, groziłem, wabiłem żarciem- i nic, uparł się i tylko rurą do góry z powrotem do kibla. Za daleko, żeby włożyć rękę, grabie czy cokolwiek. Jedyna metoda- fight fire with fire- ogień zwalczaj ogniem. Zatkałem tą rurę przy wzierniku deszczułkami którymi używam na podpałkę do kominka, żeby kot nie popłynął już nigdzie dalej i z buta na górę do kibla- geberit i woda w dół- bombs gone. I bieg do piwnicy.

Po drodze słyszę jak się przewala po rurach- podziałało.

Wbiegam do piwnicy i … koniec świata. Nie ma moich deszczułek- no może z jedna, cała prowizoryczna tama poszła w …  i kota też nie słychać już.

Ja pier**lę. Gdzie ta rura teraz idzie- coś mi świtnęło, że kanalizacja w ulicy, dom od ulicy ze 30 metrów- może nie wszystko stracone i gdzieś się zwierzak zatrzymał po drodze. Biegnę na ulicę, jest studzienka- mam nadzieję, że to od mojego domu.

Ni chol*** jej nie podniosę. Ciężka jak szlag i nie ma za co chwycić. Powrót do domu i pogrzebacz od kominka, tym może uda się to podważyć. Najpierw ugiąłem, potem złamałem żelastwo. Myśl auto stoi na ulicy- mam pas do holowania, może uda się to szarpnąć. Hak, pas, wsteczny- poszło aż zakurzyło.

Po jaką cholerę takie te wieka robią ciężkie.

Smród jak cholera ale złażę tam- ciemno jak w du*ie, rura jest, wygląda, że idzie od mojego domu. Latarka. Kur*** mam w aucie.

Włażę po raz drugi- smród mnie już nie zabije- przywykłem po chwili. Zaglądam i jest oczyska mu się tylko świecą. I znów ta sama bajka. Kici, kici, kici, a ten mały skurczybyk spierd***la w drugą stronę. No ja pier***ę. Szlag mnie trafi. Długo tu nie wysiedzę, jest zimno, śmierdzi a na dodatek ktoś mi zwali tą pokrywę na łeb i moje problemy się skończą jak nic. Nie chcesz po dobroci, to będzie po złości.

Do domu, po brezent. Wyłożyłem dno studzienki tak by mi nie wpadł głębiej. Zużyłem wszystkie, taśmy samoprzylepne, plastry żeby nie wpadł do głównej nitki kanalizacyjnej. Zaglądam co chwilę do rury ale słyszę tylko miauczenie i nic nie widzę. Jeszcze tylko trójkąt, żeby nikt się w tą otwartą studzienkę nie wpier***ił bo na ulicy ciemno.

Sąsiad – ciekawski, widziałem żłoba jak patrzył przez okno, jak próbowałem pogrzebaczem podnieść wieko. Nie przyszedł pomóc a teraz stoi i się dopytuje.

Co mam mu kur** powiedzieć? Że przepycham kotem kanalizację?

Powiedziałem mu w końcu, żeby poszedł do domu i pozatykał sobie też wszystkie otwory bo na początku osiedla była awaria i wszystkie ścieki się wracają i wybijają w domach- a ten baran się przestraszył, poleciał i przed swoim domem siłuje się z pokrywą. Niech ma za swoje.

Wracając do kota- bo menda tam siedzi i nie chce wyjść. Mam wszystko gotowe- więc do domu, jedna wanna, druga wanna, koreczek i napuszczam wodę. Papierosik i czekam pod studzienką bo nuż mu się zmieni i wyjdzie dobrowolnie.

Drugi sąsiad przyszedł, po pięciu minutach następny odmyka wieko, teoria samospełniającej się przepowiedni działa – ludzie to są barany.

Idę do domu, obie wanny pełne, ognia- spuszczam wodę z wanien i dokładam dwa spusty z dwóch spłuczek z domu. To go musi wygonić albo utopić.

Lecę na ulicę, woda wali na brezent aż huczy a tego skur**la dalej nie wylało z kąpielą.

Kur*** mać- urwało się wszystko … i popłynęło, bo ileż to utrzyma tej wody. Brezent, taśmy, plastry, sznurki… jak się to gdzieś przytka to będę miał prze***ne.

Znowu do domu po drugi pogrzebacz bo trzeba zamknąć dekiel.

Wchodzę, a ten skur**l kot tarza się w sypialni po łóżku. No ja pier***! Jak on wyszedł?! Którędy? Ano kur** wziernikiem w piwnicy- zostawiłem otwarty. Ja kur** stoję i marznę a ten gnój tarza się w mojej pościeli. Przerobię na pasztet. I jeszcze z radości włazi na mnie. Kur** mać. Przynajmniej kuleje.

Straty: łazienki, w obu przelała się woda z wanien, piwnica- bo zostawiłem otwarty wziernik i duża część wody poleciała na piwnicę. Pościel w sypialni do śmietnika, brezent z reklamą firmy, latarka, pogrzebacz – śmieci .

Afera na ulicy …

************

(VII)

To był okres świąt Bożego Narodzenia. Mojej kici bardzo spodobała się lameta z choinki, powiesiliśmy jej więc trochę na drzwiach, by mogła ją tarmosić. Kilka dni później na drzwiach jej nie było, nikt się jednak tym nie przejął, do momentu gdy…Buffy, bo tak się zwie moje cudo, poszła do kuwety. Zauważyłam, że po wyjściu z niej zaczęła się kręcić w kółko, jakby łapała swój ogon, ale ogon nie jest tak cienki i długi. Okazało się, że ta mała panienka wsunęła lametę jak makaron spaghetti, a potem nie chciało to z niej wyjść. I tak biegała z włosem anielskim wystającym jej z zadka. Wyglądało to prześmiesznie, do momentu, w którym musiałam ponownie myć podłogę wyczyszczoną ledwie godzinę wcześniej.

************

(VIII)

Odkąd Buffy zjawiła się w naszym domu, przynajmniej kilka razy w tygodniu mamy naszą prywatną zabawę w „Znajdź kota”. Zazwyczaj dzieje się to w momencie kiedy trzeba wyjść z domu do pracy.
Wyszła jedna osoba, druga i ostatnia szykuje się również, ale sprawdza przed wyjściem gdzie jest kicia, bo to mała spryciula i mogła niezauważenie wymknąć się do drugiego przedpokoju. Zagląda się więc najpierw tam – nie ma, potem zaczyna się szukanie. Za fotelami, pod łóżkami, i w samych łóżkach, a nawet w szafach (mimo iż mamy pewność, że ich nie otwieraliśmy). Po kocie ani śladu. Człowiek już cały w nerwach, a ona nagle, jakby się zmaterializowała, pojawia się znikąd przy naszych nogach. Gdzie to się chowa – nadal nie wiemy. Kiedyś znalazłam ją w szufladzie z bielizną. Rozumiem gdyby była ona duża, ale jest wielkości szuflady od biurka i do tego wypchana cała, a ta kocica wpełzła tam  nie wiadomo kiedy i jak.

 

Czytaj: regulamin.